nieruchomości, kredyty hipoteczne, geodezja, projekty domów Strona główna

nieruchomości, kredyty hipoteczne, geodezja, projekty domów

Strona główna » Aktualności » Przychodzi pora spadku funta
Szukaj nieruchomości

Rodzaj nieruchomości:

Miejscowość:

Cena max (zł):

 

Pow. min (m2):

 

Pow. max (m2):

 

ID:

 

Szukany wyraz :

 

Szukaj projektu

biuro projektowe:

typ zabudowy:

Cena max (zł):

 

Pow. min (m2):

 

Pow. max (m2):

 

ID:

 

Szukany wyraz :

 

Kontakt:


­SKALAR

ul. Obwodowa 31A/F8 84-240 Reda
­woj. pomorskie, Polska
tel.: +48 058 740 54 10
fax: +48 058 740 54 11

skalar@post.pl
NIP: PL 841-121-57-69
REGON: 771277167

GEODEZJA:

tel.+48 602475855

geodezja.skalar@gmail.com

Przychodzi pora spadku funta

Czy funt szterling pójdzie w ślady amerykańskiego dolara? Jest to wysoce prawdopodobne. Wprawdzie zmiany kursów walut są - łagodnie to ujmując - trudne do przewidzenia, ale akurat ta powinna się zdarzyć. Powinna być także przywitana z zadowoleniem. Przecież właśnie ze względu ma możliwość takiego obrotu wydarzeń Wielka Brytania musiała pozostać poza strefą euro.

W Wielkiej Brytanii, podobnie jak w Stanach Zjednoczonych, mamy do czynienia z gwałtownym zwiększeniem kredytów, z dużym wzrostem cen nieruchomości mieszkalnych, z małymi oszczędnościami, zarówno prywatnymi, jak i w skali krajowej, a także ze znacznym deficytem bilansu rozrachunków bieżących. Wielka Brytania, tak samo jak USA, wchłaniała w bieżącej dekadzie nadwyżki oszczędności od reszty świata. Mówiąc krótko, należy do grupy gospodarek anglosaskich.

Gorzej niż w USA

Pod wieloma względami pozycja Wielkiej Brytanii jest jednak gorsza niż USA. Na przykład zwyżka cen nieruchomości była dużo większa niż w USA. Wyceny tych nieruchomości i zadłużenie gospodarstw domowych są także na wyższym niż w USA poziomie i to niezależnie od rodzaju stosowanych miar. Na przykład w końcu 2006 roku zadłużenie z tytułu mieszkaniowych kredytów hipotecznych odpowiadało w Wielkiej Brytanii 126 proc. produktu krajowego brutto (PKB), a w USA zaledwie 104 proc. PKB.

Co więcej, wynoszący w III kwartale 2007 r. 5,7 proc. PKB brytyjski deficyt rozrachunków bieżących był większy od amerykańskiego. Naprawdę zresztą jego rozmiar był znaczniejszy. Jak bowiem dowodzi Andrew Smithers z londyńskiej firmy badawczej Smithers & Co., przyjęte konwencje statystyczne powodują jego zaniżenie. Do dochodów inwestycyjnych włącza się zyski zatrzymane z inwestycji bezpośrednich, ale z portfelowych - już nie. Ponieważ znaczna część zarejestrowanych w Wielkiej Brytanii firm wielonarodowych należy do zagranicznych inwestorów portfelowych, powoduje to w Wielkiej Brytanii zawyżenie dochodu netto z inwestycji. Tak więc naprawdę deficyt rozrachunków bieżących może być bliski 7 proc. PKB.

Waluta jak gospodarka

Mimo to do niedawna funt był bardzo silną walutą. Jeszcze w grudniu wyliczony przez bank JPMorgan jego realny kurs wymienny (ważony obrotami handlowymi) był o 7 proc. większy od średniej dla okresu po 1970 roku. Rok temu ta nadwyżka wynosiła 14 proc. W ciągu ostatnich 37 lat realny kurs funta tylko kilkakrotnie był tak wysoki jak przed rokiem: od połowy 1980 roku do połowy następnego, w latach 1997-2000 i na początku 2004 roku.

Rekordową wartość wobec amerykańskiej waluty funt osiągnął w listopadzie, gdy kosztował 2,11 dol. Był to najwyższy jego kurs od 1981 roku i aż o 50 proc. więcej niż w połowie 2001 roku.

Tak duży wzrost wyceny walut raczej nie utrzymuje się długo - i tak właśnie było. Siłę funta powodowała stabilność brytyjskiej gospodarki, otwarte rynki kapitałowe oraz najwyższy wśród bogatych krajów „Grupy Siedmiu” poziom nominalnych stóp procentowych. Teraz jednak wydaje się, że tempo wzrostu gospodarczego znacznie zmaleje, krótkoterminowe stopy procentowe czeka spadek, a rynki kapitałowe odczuwają smutne skutki załamania kredytowego.

Czy dalszym spadkiem kursu funta należy się martwić?

W mojej opinii - stanowczo nie. Przyzwyczajeni do tanich wakacji za granicą będą oczywiście nieszczęśliwi z tego powodu. Te wakacje były w ostatecznym rozrachunku finansowane z kredytu, a taka sytuacja nie mogła trwać wiecznie.

Korekta przed nami

Jest całkiem prawdopodobne, że kryzys kredytowy i towarzysząca mu korekta na rynku nieruchomości mieszkalnych spowodują w tym roku ostry spadek wydatków konsumpcyjnych. Skoro jednak brytyjski sektor prywatny ma deficyt finansowy o wartości odpowiadającej 3 proc. PKB, a oszczędności gospodarstw domowych w III kwartale 2007 r. wyniosły zaledwie 3,7 proc. ich rozporządzalnego dochodu, zmniejszenie wydatków na konsumpcję byłoby wysoce pożądane.

Taka korekta w krótkim a może średnim okresie prawdopodobnie oznaczałaby także zwolnienie tempa wzrostu gospodarczego, być może nawet spadek PKB przez jeden kwartał albo dłużej. Przeciwdziałanie temu za pomocą posunięć budżetowych jest praktycznie niemożliwe bez zerwania z regułami fiskalnymi - mimo że tzw. automatyczne stabilizatory koniunktury mogłyby w tym przypadku przynieść efekty.

Gdyby jednak nawet reguły fiskalne odłożyć na bok, posunięcia budżetowe byłyby niebezpieczne, ponieważ w efekcie mogłoby to podważyć wiarygodność niskiej inflacji. Równie groźne wydają się jednak wypowiedzi premiera Gordona Browna i ministra skarbu Alistaira Darlinga co do perspektyw inflacji i polityki pieniężnej, zwłaszcza że nadal nie rozstrzygnięta jest sprawa ponownej nominacji gubernatora Banku Anglii.

Z euro byłoby gorzej

Nie chcę jednak za bardzo krytykować premiera Browna, zwłaszcza że to on uratował Wielką Brytanię przed euro. Trudności czekające nas w ciągu następnego roku czy dwóch niewątpliwe spowodują ożywienie lobby zwolenników wprowadzenia wspólnej waluty. Gdyby jednak Wielka Brytania była już w strefie euro i korzystała z niższych stóp procentowych, boom kredytowy byłyby jeszcze większy, a czekająca nas korekta - jeszcze boleśniejsza.

Wielka Brytania musi teraz przystosować się do życia w gospodarce, w której realne ceny domów będą niższe, a oszczędności - wyższe, która będzie mieć mniejszy deficyt rozrachunków bieżących i słabszy realny kurs funta. Taką korektę o wiele lepiej osiągnąć poprzez spadek nominalnego kursu waluty niż za pomocą trwającego wiele lat „konkurencyjnego obniżania inflacji”, a to właśnie prawdopodobnie dotknie choćby Hiszpanię.

Brytyjscy politycy muszą się skupić wyłącznie na utrzymaniu wiarygodności niskiej inflacji. Jeśli chcemy, żeby osłabienie funta nie przekształciło się w jego upadek, ta sprawa ma znacznie kluczowe. Jest jednak mało prawdopodobne, żeby ta korekta zewnętrzna była wystarczająco duża i szybka, by zrekompensować spowolnienie wzrostu popytu krajowego. Niech i tak będzie: niezrównoważony wzrost nie może trwać wiecznie. Wielka Brytania musi po prostu trzymać nerwy na wodzy, gdy jej gospodarkę i walutę będzie się sprowadzać na ziemię. Rząd też powinien.

Źródło:  http://www.gazetaprawna.pl/

drukuj stronę   2008-01-18